czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział 11

*zmiana perspektywy*
Weszłam  na wielki, kamienny balkon pod osłoną nocy. Gwiazdy migotały przyjaźnie, a księżyc wykrzywiał się w półokrągłym uśmiechu. Upajająca woń kwiatów ukoiła moje zmysły,  mimo, że czułam w sobie niepokój. Nagle, usłyszałam  wołanie z dołu. Wychylilam się poza porośniętą bluszczem balustradę i dostrzegła na dole przystojnego młodzieńca. Był dobrze zbudowany, wysoki, a ciasny kaftan opinał jego klatkę piersiową. Nagle, podniósł na mnie wzrok. Czekoladowe oczy spojrzaly na mnie zalotnie. German. Już chciał coś powiedzieć, bo otwierał usta, ale nagle naprzeciw niego stanął drugi młodzieniec.  Był odrobinę niższy,  ale równie dobrze zbudowany. Przyniósł ze  sobą gitarę,  a raczej lutnię i po chwili zaczął grać jakąś miłosną serenadę.  Rozejrzałam się niespokojnie dookoła.
-Pablo! Ciii! Przestań!  Bo jeszcze kogoś obudzisz! -próbowałam  go uciszyć,  ale na nic to się nie zdało.  Nagle German palnął:
- Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
Ona jest wschodem, a Angie jest słońcem!
Wznijdź cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś
Od niej piękniejszą; ukarz ją zaćmieniem
Za tę jej zazdrość; zetrzyj ją do reszty!
To moja pani, to moja...
-Przestań! Jesteś z rodu złego,  to ja zostałem wybrany, by być przy jej boku.- Pablo, odrzucił na bok lutnię i zaczął podkasywać rękawy. German również tak zrobił. Po chwili rzucili się na siebie, bijąc się i krzycząc coś w stylu "Zgiń niewdzięczny!"
Byłam bardzo zaskoczona całym zajściem. Próbowałam uspokoić mężczyzn,  ale moje próby na nic się zdawały. Usłyszałam za sobą świst. Odwróciłam się, a za mną stała moja matka i... Maria. Odezwały się równo, upiornym, monotonnym głosem :
-Nie poślubisz Germana, on jest z innego rodu. Umrze z miłości,  niewdzięcznik.  Jesteś narzeczoną  Pabla. Julio, wiesz, jak to się skończy...-nagle wszystko zaczęło wirować,  a  ja spadalam!  Gdzieś w oddali zobaczyłam jeszcze jakieś latające partytury, kanapki Beto i  twarz Alexa, a potem otworzyłam oczy. Byłam u siebie, musiałam chyba zasnąć na kanapie. Dookoła leżały kartki, naprawdę dużo kartek. Kilka z nich było zapisanych. Sięgnęłam po grubą teczkę i przeczytałam z niej: "Romeo i Julia- w wykonaniu Studia OnBeat i Julliard School w Buenos Aires". No jasne. Przedstawienie. Przejrzałam kartki, właśnie byłam na 'scenie balkonowej' i nie dokonczylam pisania. Zerknęłam na zegarek. Ósma czterdzieści. Wzięłam długopis do ręki i zaczęłam pisać dalej. Chwila! Spojrzałam jeszcze raz na zegarek.
- O nie! Zaraz spóźnię się do Studia!- zerwalam się z miejsca, szybko ubierając się i łapiąc po drodze coś do jedzenia i popędziłam do pracy. Mimo, że mieszkałam bardzo blisko szkoły,  to nie wypadało mi się spóźniać. W końcu byłam panią dyrektor.

Kiedy weszłam do pokoju nauczycielskiego, był tam tylko Pablo, który próbował uporać się z nowym ekspresem do kawy.
-Nie ma nikogo?-zapytałam na wejściu  przy okazji całując przyjaciela w policzek.
-Jestem ja.-wykrzywił usta w dziwnym uśmiechu i wrócił do poprzedniej czynności- Beto szuka kanapek, Gregorio męczy jakiś uczniów, a Jackie gdzieś wyszła. No i tyle.-podsumował, dodając mleka do swojego napoju i upijając łyk. Po chwili, wykrzywił się w grymasie obrzydzenia. -Fuuj! Skąd wytrzasnęłaś ten ekspres Angie? Z epoki kamienia?
-Ha ha ha, bardzo śmieszne Pablo. Znalazłam go w składziku. -w tym momencie, do pokoju nauczycielskiego wszedł Alex. -O właśnie! Pablo, to jest Alexander Belli, dyrektor Julliard School w Buenos Aires. Alex, to jest Pablo- mój przyjaciel i nauczyciel w Studio.-mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Galindo nagle bardzo spochmurniał, jakby trapiła to jakaś sprawa, którą rozważał w głowie. Niestety, musiałam oderwać wzrok od bruneta,  ponieważ Alex chciał porozmawiać o przedstawieniu, więc wyszliśmy zostawiając Pabla w nostalgii jego myśli.

- Kochani- zaczęłam mówić do uczniów, którzy wraz z nauczycielami zebrali się na dużej sali w szkole- chciałam wam przedstawić Alexandra Belli, z którego szkołą nasze Studio podpisało współpracę. - mężczyzna stanął obok mnie i położył rękę na moim biodrze, ale ktoś ją szybko strącił i wepchnął się między nas. To był Pablo. Odsunął mnie delikatnie od Alexa i stanął między nami. Wyglądało to raczej bardzo zabawnie. W tym czasie Alex opowiadał uczniom o współpracy,  A ja rozgladalam się po sali. Beto ukradkiem chrupał jakiś ciastka, Gregorio oglądał uważnie swoją piłeczkę.  A Jackie była wpatrzona w Alexandra jak w obrazek. Maślanym wzrokiem śledził każdy jego ruch. Niepokoił mnie brak Germana. Nie odzywał się do mnie od dłuższego czasu. Ja też byłam na niego obrażona, ale chciałam z nim porozmawiać,  pocieszyć, pośmiać się. - A teraz Angie opowie wam szczegóły. -z rozmyślań wzbudził mnie głos Alexa
- Zamierzamy wystawić przedstawienie wraz z uczniami drugiej szkoły,  poznacie ich niedługo. Tytuł przedstawienia to ,,Romeo i Julia"- usłyszałam szepty podniecenia między młodzieżą. - Wykorzystamy istniejące piosenki, ale chciałabym, żebyście skomponowali też własne. Choreografią zajmą się Jackie i Gregorio, ja i Beto będziemy kontrolować muzykę, a Pablo i Alexander zajmą się całą resztą -kątem oka zauważyłam niezadowolenie przyjaciela w kwestii pracy z ,,rywalem". - Jutro poznacie zarys scenariusza,  A za kilka dni przeprowadzimy casting.

Tydzień później
Właśnie wywiesiłam kartkę z listą uczniów,  którzy biorą udział w przedstawieniu. Przesłuchania były bardzo trudne, bo uczniowie Julliard School utrzymują naprawdę wysoki poziom. Dzieciaki na szczęście nie rywalizowały ze sobą,  A my wybraliśmy odpowiednią grupę. Brakuje nam jeszcze tylko jednej piosenki, ale mamy dość dużo czasu. Weszłam do swojej klasy i usiadłam przy biurku. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, ale German dalej się nie odezwał. Rozmawiałam o nim z Violettą, podobno całe dnie siedzi w swoim gabinecie i wypełnia papiery. Postanowiłam,  że wybiorę się do niego po lekcjach. Jeszcze tylko sześć godzin.

Zastukałam do drzwi domu Castillo. Po chwili otworzył mi pan domu- to właśnie na niego miałam zamiar trafić. Wydawał się dosyć zdziwiony moim pojawieniem się.
- Co ty tu robisz?- jego głos wydawał się wyższy i mniej opanowany niż zazwyczaj
- Przyszłam cię odwiedzić, nie odbierałeś telefonu. Martwiłam się. - zauważyłam cień na jego twarzy.
- Jakoś nie martwiłaś się o moje uczucia, kiedy mnie okłamałaś.
- Co?- byłam bardzo zdziwiona tym nagłym nasi okiem na mnie.
- Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi. Specjalnie tak długo ukrywałaś fakt zdrady Valerii, żeby zadać mi cios. Chciałaś zemścić się za tę lata ukrywania Violetty- huknął. Skąd nagle wzięło się w nim tyle jadu i goryczy? Cofnęłam się krok do tyłu, ale German złapał mnie za nadgarstek.
- German! Zostaw mnie! O co Ci chodzi? - mój głos stał się dziwnie piskliwy
- O ciebie mi chodzi, Angie! Cały czas mnie odrzucasz. Co jest ze mną nie tak? No powiedz!- warknął, jednocześnie poluźniając uścisk. Wyrwałam mu się i uciekłam.  Słyszałam jeszcze za sobą krzyki pana domu, ale zignorowałam je i udałam się w stronę swojego mieszkania.

Próbowałam napisać piosenkę,  ale mój telefon cały czas dzwonił od jakiś piętnastu minut. Wróciłam od Germana dwie godziny temu, ale dalej miałam w głowie jego słowa. Swoją drogą to właśnie on wydzwaniał do mnie od dobrego kwadransu. Najpierw wytyka mi różne rzeczy, a teraz jeszcze chce mi dogadać przez telefon. Kiedy aparat zadzwonił już po raz setny, wzięłam go do ręki i kliknęłam zieloną słuchawkę.
-German przestań do mnie dzwonić! Najpierw wypominasz mi wszystkie moje błędy,  A Teraz jeszcze nie chcesz dać mi spokoju!- krzyknęłam do telefonu.
-Angie to ja- usłyszałam po drugiej stronie roztrzęsiony głos siostrzenicy.- Tata miał wypadek, jest w szpitalu. Podobno jest bardzo źle...
*************************
DAM DAM DAMM!
Co teraz będzie? Czy German przeżyje?  Czy przedstawienie dojdzie do skutku? Czekajcie na następny rozdział, a się dowiecie! Zapraszam również  do zakładki "Wasze pomysły "
Besos
Ola

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Jednorazówka ,,Rana"

Angie, Angie 
when will those clouds all disappear?
Angie, Angie 
where will it lead us from here?

Odjechała. Czarne audi zniknęło za zakrętem. Violetta wtuliła się we mnie mocniej. Czy wróci?  Nie wiem. Do kogo? Też nie wiem. Skrzywdziłem ją,  oszukałem,  wykorzystałem. Może właśnie we Francji będzie jej lepiej? Nie wiem. W tamtym momencie moje życie stało się jednym, wielkim znakiem zapytania. Co się stanie, jeśli ona zapomni? Zapomni o tym, co dalej czeka na nią w słonecznym Buenos Aires. Czy ja zapomnę? Nigdy. Zawsze będę miał w pamięci dotyk jej rąk,  zapach włosów, wesoło podskakujących przy każdym jej ruchu. Nie wymażę z pamięci jej pogodnego, melodyjnego głosu, mówiącego ,,dzień dobry!" każdego poranka. Delikatnego dotyku klawiszy pianina, który rozpoczynał melodię. Jej nieziemskich pocałunków, których skradlem  jej parę. Jej perlistego śmiechu,  pełnego szczerości i pozytywnego wydźwięku. Idealna w każdym calu. Angie.

Dziesięć lat później

Przez matowe zasłony przebijały się promienie jesiennego słońca. Villa Castillo stała pusta. W środku siedział tylko jeden, zapracowany jak zawsze pan domu. Zaciekle wbijał cyferki do komputera, poprawiając co jakiś czas okulary. Został sam. Ramallo umarł kilka lat temu. Był to cios dla nich wszystkich. Po pewnym czasie, od jego śmierci Olga wyjechała gdzieś do rodziny, zostawiając Germana samego w domu. A Violetta? Po zakończeniu szkoły, podpisała kontrakt z wytwórnią, ale wpadła w złe towarzystwo. Stała się upadłą gwiazdką młodzieżowej wytwórni. Popadła w nałogi, a gazety plotkarskie co jakiś czas wspominały o ,,wspaniałej Violettcie Castillo'', która przegrała z nałogiem. Czasami odwiedzała tylko ojca na urodziny lub wtedy, gdy po prostu nie miała pieniędzy. Stoczyła się.
A ona? Nie, nie wróciła. Przestała dzwonić. Przestała pisać. Urwała wszelkie kontakty z nimi. Pewnie teraz spaceruje sobie gdzieś po Paryżu, ze swoim mężem i wychowują razem trójkę dzieci. Pan domu nawet nie mógł o tym myśleć. Jeszcze gwałtowniej zaczął wstukiwać cyfry do komputera, gdy nagle zadzwonił telefon. Może to ona? Spojrzał na wyświetlacz, ale to nie był jej numer. Odebrał. Po drugiej stronie odezwał się głos mężczyzny, mówiącego z francuskim akcentem, trochę nie sprawnie po hiszpańsku:
-Dzień dobry. Rozmawiam z panem Germanem Castillo?
-Tak, tak to ja. O co chodzi?- potarł ręka po zsiwiałych włosach.
-Aspirant Juan Carlos. Dzwonię w sprawie panny Angeles Saramego.- na dźwięk jej imienia niespokojnie poruszył się w fotelu.
-Angie? Co z nią?
-Niestety, wczoraj samolot lecący do Buenos Aires, w którym była panna Saramego, rozbił się. Moje kondolencje.- powiedział policjant wzdychając ciężko. German otworzył szeroko oczy. Jak to: rozbił się?! Angie... nie żyje? Nie, nie to nie może być prawda... Nie mogła umrzeć!  Nie ona! Chciała do niego wrócić,  leciała do Buenos Aires. Mogli być już na zawsze razem. Zakończył połączenie i wyszedł z gabinetu.
Wygląd salonu nie zmienił się nic a nic. Kremowe kanapy stały i czekały, aż ktoś na nie usiądzie. Stół w jadalni był zastawiony, jakby mężczyzna cały czas oczekiwał gości. Usiadł przy czarnym fortepianie, przykrytym sporą warstwą kurzu. Dotknął kilku klawiszy. Ona też ich dotykała. Zaczął grać smętną melodię. Nagle, uderzył pięścią w klawisze. Muzyka przypominała mu o Angeles. Podszedł do drzwi tarasowych. Otworzył je na oścież. W jego twarz buchnęło zimne, świeże powietrze. Wszedł do ogrodu. Trawa była jakaś pożółkła, a liście na drzewach niemal przeźroczyste. W ogrodzie było słychać jej śmiech! Ten piękny, perlisty śmiech! Wiatr przenosił jej zapach, a ostatnie kwiaty oddawały błękit jej oczu. W pewnym momencie, miał wrażenie, że widzi jej twarz odbijającą się w tafli wody stawu. Nie, przecież  nie oszalał. Ona była warta szaleństwa. Przestraszony, uciekł do środka domu, a jego kroki pokierowały się w stronę pokoju Angie. Łóżko, było nienagannie zaścielone, a na szafce nocnej leżały książki, jakby przygotowane do czytania. Otworzył jej szafę. Na dnie leżało kilka starych ubrań. Wziął do ręki jedną z jej długich sukienek i powąchał ją. Czuć było delikatny zapach kobiety. Przytulił do siebie ubranie i położył się na jej łóżku, wdychając jej zapach. 

But Angie, Angie, 
you can't say we never tried
Angie, you're beautiful 
but ain't it time we said goodbye?
Angie, I still love you 
remember all those nights we cried?

Dlaczego wtedy był takim cholernym tchórzem?! Dlaczego nie powiedział jej od razu, że ją kocha i nie może bez niej żyć? Może teraz jeszcze by żyła... To wszystko jego wina!
Z przemyśleń wyrwał go długi i donośny dzwonek do drzwi. Delikatnie ułożył sukienkę Angie na łóżku i zszedł na dół. Otworzył drzwi. Za nimi stała chuda, wysoka dziewczyna z potarganymi, przetłuszczonymi włosami, z których schodziła blond farba. Miała niedbale zarzucony na siebie ponaciągany sweter i podarte jeansy. Podpuchnięte oczy były pomalowane ciemnym cieniem, a usta wymuskane czerwoną szminką. Jednym słowem - obraz nędzy i rozpaczy. Violetta.
Trzydziestolatka odezwała się zachrypniętym głosem, przy okazji gasząc papierosa o metalową framugę:
- Masz kasę? Już wszystko wydałam. - nie wiadomo, gdzie zniknęła piękna dziewczyna, ubierająca się w pastele i pragnąca nieść wszystkim pomoc i miłość. Teraz, była to wiecznie zmęczona narkomanka, żyjąca na utrzymaniu ojca i swoich starszych, bogatych chłopaków. -Nie masz? No nie żartuj sobie ze mnie.- zaśmiała się gorzko.
-Violu, muszę z tobą porozmawiać. I to poważnie.
-Nie, ja nie chcę z tobą rozmawiać! Nie będziesz mi cały czas truł jak mam żyć! To moja sprawa, czy żyję w idealnym świecie czy w walącej się budzie! I ty nie masz....
-Angie nie żyje.-brunet przerwał jej jej głośną wypowiedź. Kobieta ucichła i wpatrzyła się w ojca wielkimi oczami. Pierwszy raz od tych kilku lat widział w nich powagę i jednocześnie smutek. Jego oczy również zaszły mgłą. Po chwili odezwała się cichutko:
-Jak to: nie żyje?  Ona... Oh, tato!- rzuciła się mu w ramiona i zaczęła gorzko szlochać. Zobaczył w niej znowu tę samą  osiemnastoletnią Violettę. Płakała, naprawdę płakała. A on? Jego łzy już dawno gdzieś wyparowały. Nie miał czym płakać. W środku jednak pękał ze smutku i żalu. -Tato? Tato... co teraz będzie?
-Nie wiem kochanie. Naprawdę nie wiem.- Rana. To jedyne, co mu po niej zostało.

But Angie, I still love you, baby
Everywhere I look I see your eyes
There ain't a woman that comes close to you
Come on baby, dry your eyes

*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*
Taaak! To pierwsza jednorazówka na tym blogu! Mam nadzieję,  że spodobała wam się trochę taka inna forma mojej twórczości  :)
A piosenka to The Rolling Stones- Angie
Aha i komentarze mile widziane:))
Do zobaczenia niedługo!
Besos,
Ola:*

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 10

-Ja! Ja nie zgadzam się na to małżeństwo!-słowa te ku zdziwieniu wszystkich poleciały z ust... Valerii. Na dźwięk jej głosu Angeles podniosła głowę z nadzieją w oczach, a Louis za to patrzył ze strachem, że Val wyda ich tajemnicę. Po chwili panna młoda odezwała się- German, ja nie mogę. Nie byłam z tobą do końca szczera. Ja... Kiedy cię poznałam, myślałam, że jesteśmy dla siebie stworzeni, że nic nas nie rozdzieli. Ale wtedy przyjechała Angie-popatrzyła w jej stronę- i Louis. Ja... Zakochałam się w nim, w jego oczach, jego zapachu. To nie była taka miłość, jak do ciebie. Jesteś moim przyjacielem, kompanem, dobrym kolegą. Mamy wiele wspólnych pasji, ale... to nie jest miłość. 

To było bardziej...pożądanie. Od wtedy zaczęliśmy się spotykać w tajemnicy. Nigdy nie miałam nocnej zmiany, a Louis nigdy nie pracował w klubie. Wtedy, gdy Angie przyszła do ciebie wieczorem, gdy nakryła kobietę z Louisem, to byłam ja. Teraz, bardzo się tego wstydzę. Wiem, że cię okłamałam, wiem, że wykorzystałam. Wiem też, że skrzywdziłam Angie. Przepraszam. Bardzo przepraszam. Ale, gdy poczułam prawdziwą miłość, mogłam dla niej zrobić wszystko. Jeśli chcesz zniknę z twojego życia, nigdy się do ciebie nie odezwę. Ale nie bądź zły. Miłość nie wybiera. W moim przypadku jest ona ślepa. Przepraszam.- odwróciła się, podniosła brzeg sukni do góry i odeszła w stronę domu z łzami cieknącymi po policzkach. Odwróciła się dopiero, gdy usłyszała swoje imię. Louis stał na przeciwko niej w odległości kilku metrów. Po chwili podszedł bliżej i klęknął tuż przed nią. Ona otworzyła oczy że zdumienia, gdy wyjął z kieszeni marynarki złoty pierścionek z zielonym oczkiem. Po chwili przypatrywania się złotemu krążkowi spojrzał na nią i zaczął mówić:
-Noszę go zawsze, na szczęście. Należał do mojej mamy. Teraz uznałem, że dziedziczką szczęścia tego pierścionka zostanie inna kobieta. Jest piękna, czuła, opiekuńcza, mądra. I niezamężna. Wiem, że to decyzja chwili, ale jednak ją podjąłem. Valerio Rodríguez, czy zostaniesz moją żoną?-  wszyscy goście trwali w ciszy pełnej napięcia. Kobiecie zaszkliły się oczy. Po chwili powiedziała trzęsącym się głosem:
-Jeśli się zgodę, wytrzymasz ze mną do końca życia?- on kiwnął głową ,,na tak"-Więc zgadzam się. Zostanę twoją żoną.- po tłumie rozeszły się oklaski i wiwaty. Po chwili ktoś z tłumu, kim okazał się urzędnik, odezwał się:
-Może wykorzystamy już to, że przybyłem? Podejdźcie tu Louis, Valeria. Potrzebujemy jeszcze tylko świadków. Niech ktoś się zgłosi.- po chwili ustalono, że świadkami zostaną Ramallo i Olga. Bez specjalnych wstępów, mężczyzna zapytał :
-Czy ty Valerio, bierzesz tego mężczyznę za męża i ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że go nie opuścisz aż do śmierci?
-Tak, biorę- odpowiedziała kobieta z łzami, tym razem szczęścia w oczach. Z drugiej strony padła taka sama odpowiedź i po chwili na pozwolenie urzędnika para połączyła się w namiętnym pocałunku. Kiedy wszyscy gratulowali nowożeńcom, Angeles niezauważalnie usunęła się do cichszej części ogrodu. Usiadła na białej chuśtawce ogrodowej i zamknęła oczy pozwalając promieniom słońca tańczyć po swojej twarzy. Z jednej strony cieszyła się, jak się sprawy potoczyły, z drugiej martwiła się o Germana. Od przemowy Valerii nie odezwał się ani razu. Czy to był aż taki szok dla niego? Nagle poczuła, że chuśtawka zatrzęsła się i ktoś obok usiadł. Po chwili ciszy tajemnicza osoba położyła rękę na dłoni kobiety spoczywającej na siedzeniu . Ręką przybysza ścisnęła delikatną dłoń nauczycielki, która otworzyła wtedy oczy i popatrzyła na mężczyznę. Pablo. Chodziło mu chyba o to, że trzeba już iść. Po chwili potwierdził jej przypuszczenia:
-Angie, idziemy?
-Chciałabym jeszcze pogadać z Germanem. Trochę się o niego martwię. 
-Okej. Będę tu czekał.-uśmiechnęła się do niego, po czym wstała i udała się w stronę gabinetu szwagra, gdzie miała nadzieję go spotkać. Przedarła się przez tłum gości bawiących się przy muzyce i zapukała do dębowych drzwi. W odpowiedzi, otrzymała pomruk zezwalający na wejście, po czym lekko rozchylając drzwi weszła. Szwagier siedział na fotelu z nie obecnym wzrokiem odwrócony w stronę okna. Krawat był rozluźniony, a koszula miała rozpięte dwa guziki. Marynarka, jakby rzucowa w złości, leżała na ziemi. Kobieta podniosła ją, ostrzepała z kurzu i powiesiła na oparciu krzesła, na którym następnie usiadła. Siedzieli w ciszy. Ile to trwało? Kilka sekund? Minut? Godzin? Albo lat? Cisza była lekiem. Podziałała, bo po tym czasie On zapiął koszulę, poprawił krawat i teraz wpatrywał się w Angie. Po chwili Ona się odezwała:
-German... Jak się czujesz?
-Dlaczego wtedy nie powiedziałaś mi, że to była Valeria? Odwołałbym cały ślub, porozmawiałbym z nią. Nie musiałabyś cierpieć. Przeze mnie. Przez nią.
-Ale German. Ja uznałam, że mi nie uwierzysz. Będziesz miał pretensje, że...-mężczyzna przyłożył jej palec do ust uciszając. Po chwili chwycił jej podbródek przybliżając ich twarze do siebie, po czym szepnął:
-Angeles, przestańmy już myśleć o przeszłości. Teraz najważniejsza jest przyszłość. Już nic i nikt nie stoi nam na przeszkodzie. -chciał ją pocałować, ale ona wytrwała się  i gwałtownie wstała, a jej głos stał się oziębły:
-Co ty w ogóle robisz?! Ledwo co uniknąłeś małżeństwa, a już chcesz mnie całować! Wstydziłbyś się German! Myślałam, że jesteś inny. -zatrzasnęła za sobą drzwi, a w jej oczach można było zobaczyć żal i gorycz.

Następnego dnia

Angie od rana siedziała w Studiu, mimo, że była sobota. Musiała ogarnąć niektóre sprawy. Przejrzeć papiery, zaplanować wydatki i uzupełnić raporty z zeszłych miesięcy. Dalej była obrażona po wczorajszej postawie Germana, ale chciała do niego zadzwonić,  zapytać jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Od wczoraj nikt z rodziny Castillo nie odezwał się do niej. Wszyscy napewno byli zaskoczeni postawą Valerii,  która tak długo ukrywała przed nimi fakt zdrady. Ludzie są naprawdę dziwni. Sama zastanawiała się, jak bardzo  trzeba być odważnym, żeby wyjawić sekret, skrywany gdzieś na dnie swojego serca. Jak powiedzieć to tak, żeby druga osoba cierpiała najmniej. Zresztą, Angie miała już takie doświadczenie. Prawie rok, po odnalezieniu Violetty, skrywała swoją osobowość,  by być blisko ukochanej siostrzenicy. Lecz to było białe kłamstwo. Tego, co zrobiła Valeria,  nie dało się wytłumaczyć. 
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu, gdzieś z pod kartek. Ogarnęła stertę papieru i wydobyła telefon. Wyświetlał się na nim nieznany numer. Po chwili zawahania, odebrała. 
-Halo?
-Dzień dobry, czy mam przyjemność z Angeles Saramego?- po drugiej stronie usłyszała ciepły i głęboki głos. Głos mężczyzny. 
-Tak, tak. Kto mówi? - zapytała trochę niepewnie.
-Oh, gdzie moje maniery. Nazywam się Alexander Belli. Jestem dyrektorem odziału artystyczno-muzycznego Julliard School w Buenos Aires. Rozmawialiśmy kilka dni temu. 
-O, faktycznie.- Angie przypominała sobie rozmowę telefoniczną z facetem. Nigdy nie miała pamięci do imion.
-Więc... Kiedy możemy omówić szczegóły współpracy? Może za pół godziny, w kawiarence przy parku?
-Dobrze. Do zobaczenia.- rozłączyła się. Była bardzo podekscytowana. Taka szansa zdarza się raz na milion. Mogliby wystawić przedstawienie, zrobić całkiem nowy nabór, zakupić nowe instrumenty. Oby wszystko poszło po jej myśli. Zebrała to, co leżało na biurku, wsypała do torebki i udała się w stronę wyjścia. Po piętnastu minutach spaceru dotarła do małej kawiarenki. Stoliki były przykryte pastelowymi obrusami, a wiklinowe fotele były wypełnione kolorowymi poduszkami. Ludzie w większości byli zajęci rozmową,  lub spożywaniem sobotniego lunchu.
 Rozejrzała się po lokalu, szukając wzrokiem mężczyzny z którym miała się spotkać. Jeden z nich zwrócił jej uwagę. Miał ciemne, średniej długości włosy, lekki zarost i był dobrze zbudowany. Po chwili zwrócił na nią uwagę i pomachał w jej stronę. Podeszła do stolika w rogu sali, a on wstał i podał jej rękę. 
-Panna Angeles, tak? Jestem Alexander. - miał bardzo ładne,  jasne oczy. No i był przystojny.
-Angie. Możesz... Znaczy może pan mówić na mnie Angie.- uśmiechnęła sie do niego, a on odwzajemnił gest.
-W takim razie, ja jestem Alex.
 Po chwili usiedli, a mężczyzna wyjął z teczki plik dokumentów od których oddzielił jedną zadrukowaną kartkę. 
- To jest umowa o współpracy Studia OnBeat i Julliard School. Przeczytaj wszystko na spokojnie, a potem zdecydujesz, co dalej.- szybko przeleciała dokument spojrzeniem. Wszystko się zgadzało, więc bez zastanowienia złożyła podpis w wyznaczonym miejscu.
-Świetnie. Szybko się zdecydowałaś. Inni potrzebowaliby pomocy prawnika.- zaśmiał się. Schował dokument do teczki i wlepił wzrok w kobietę. Ona odruchowo poprawiła włosy i zdziwiona zapytała:
-O co chodzi? Mam coś na twarzy?- Alex oderwał od niej wzrok i speszony powiedział :
-Nie, nie... Tylko... Masz bardzo ładne... No wiesz. Oczy. Tak.- wbił wzrok w stół. Ona zarumieniła się. 
-Eh, dzięki. Twoje też są... są fajne.- zapanowała krępująca cisza. Kobieta przerwała ją:
-To... Może przyjdziesz jutro do Studia, opowiemy uczniom o współpracy. Co ty na to?
-Tak, bardzo chętnie. A myślałaś już o przedstawieniu? Wiesz, żeby zareklamować obie szkoły. 
-Nieee.-przeciagnęła.-Pomyślę o tym dzisiaj. 
-Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to zadzwoń. -uśmiechnął się. -No dobrze, na mnie już pora. Do jutra!
-Pa!-pomachała mu ręką. Patrzyła jeszcze długo w miejsce, w którym zniknął. Czy jej serce zagoiło już rany przeszłości i było gotowe na nowe uczucie?
-----------------------
No tak. Długo mnie nie było. Bardzo długo. Musiałam sobie poukładać niektóre sprawy. No ale jestem. Mam nadzieję,  że ktoś tu jeszcze zagląda. Do następnego rozdziału. 
Ola